Szczęściarz

31 marca Wojciech Walkiewicz, długoletni prezes Polskiego Związku Kolarskiego, ogłosił swoją rezygnację z zajmowanego stanowiska, 1 kwietnia cała Polska dowiedziała się, że na czele pogrążonej w długach organizacji stanął Ryszard Szurkowski, najbardziej utytułowany kolarz w dziejach naszego kraju
Tekst: Grzegorz Radziwonowski, Zdjęcia: Łukasz Rajchert
Odwiedziliśmy go na torze w Pruszkowie, gdzie nowa ekipa próbuje rozwiązać węzeł gordyjski milionowych zobowiązań PZKolu. Rozmowy nie zakłócały odcięte z powodu braku płatności telefony.
MR: Wkrótce po objęciu funkcji prezesa w jednym z wywiadów stwierdził Pan, że daje sobie czas do końca kwietnia. Rozejrzy się w sytuacji i jeśli do tego czasu nie da się znaleźć pieniędzy na uregulowanie przekraczających 9 milionów długów Związku, ustąpi ze stanowiska. Mamy połowę maja, a Pan nadal jest prezesem. Czy oznacza to, że problem został rozwiązany?
Ryszard Szurkowski: Nie, bynajmniej. Ta wypowiedź była raczej dzwonkiem alarmowym, który miał być słyszany nie tylko tutaj, wśród ludzi w polskim kolarstwie, ale szerzej, w polskim sporcie. Nie miałem na myśli tego, że od razu coś się zmieni. Doszło zarówno do spotkania w ministerstwie, jak i spotkania sponsorów, którzy są w polskim kolarstwie, takich jak Mostostal, BGŻ, CCC i Mróz, z ministrem Gierszem. Rozmowy były obiecujące, po nich jesteśmy lepiej nastawieni, mamy lepszy obraz „zastawanej” sytuacji. Trzeba nadal ciągnąć, próbować wychodzić z tej zapaści.
Mówi Pan o sytuacji „zastawanej”, a nie „zastanej”, podkreślając różnicę. Co to oznacza? Nie wszystko zostało wyjaśnione, rozplątane?
Nie, cały proces jeszcze potrwa. Wynajęliśmy kancelarię adwokacką, której pracownicy przyglądają się zawartym umowom i pismom, które są wyciągane... z szafy. Za kilka dni będziemy wiedzieć, na ile sprawy są „pozytywne”, a na ile bardzo trudne.
Czy pojawiły się już konkretne propozycje działania?
Jeśli dobrze rozumiem, w tej chwili podstawa to wymiana ludzi?
Nie od razu jednak, sukcesywnie. Oczekujemy na podpowiedź prawników, co trzeba dalej zrobić, żeby działać zgodnie z prawem. Niekoniecznie przeciwko konkretnym ludziom, tego bym nie chciał. To są pierwsze kroki, ale wciąż nie wiemy wszystkiego, ciągle spływają na biurko nowe sprawy, papiery, nieraz bardzo zaskakujące, ze stron, z których nie powinny się pojawiać, choćby rozliczenia ze skarbem państwa.
Jakiego typu są to sprawy?
Zobowiązania wobez ZUS-u, podatki, zaległości nie z kilku, ale kilkunastu miesięcy.
Dowiedzieliśmy się też, że nie zostały wypłacone stypendia sportowe, pieniędzy nie dostały szkoły…
Tak, dochodzą też tego typu długi. Niestety, co do szkół, to ich programy zostały przyjęte przez ministerstwo, ale w tym samym czasie, z powodu braku zaufania do zarządzania w PZKolu, wstrzymano finansowanie. Programy napisane przez Mazowiecko-Warszawską Federację Sportu, gdzie przekierowano sprawę, zostały napisane za późno. Próbujemy wraz z Ministerstwem Sportu uruchomić sprawę, poprzez starostwa powiatów, urzędy marszałkowskie. Być może w jakiś sposób uda się utrzymać finansowanie, ciągłość szkolenia. W innym razie powstałaby ogromna dziura.
Wybieramy się za dwa dni do Świdnicy i Starych Bogaczowic, żeby zobaczyć, jak funkcjonują podobne szkoły…
Do tej pory były finansowane przez ministerstwo za pośrednictwem PZKolu, w tym roku i dwóch kolejnych będą prawdopodobnie zasilane okrężną drogą.
Aż tak długo?
Niestety, przy okazji cierpi PZKol, bo z dotacji związanych z ich wynikami sportowymi, a w tym roku było to 4,8 mln, 12% było przeznaczone na PZKol – telefony, niektóre etaty, transport. Nie mamy tego i, jak widać, telefony nie działają… Trudno, sprawa została zawalona przez poprzedników, my za to płacimy.
Jak wyglądają dziś plany krótko- i długofalowe?
Pełne przejęcie tego, co jest, to plan najbliższy, ale może to trwać dłużej, niż byśmy chcieli. Tyle, jeśli chodzi o gospodarowanie zasobami Polskiego Związku Kolarskiego. Ale PZKol jest też właścicielem toru. Obiekt ten zadłuża nas miesięcznie na kolejne kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Mówi się o sumie 120 tysięcy…
To jest koszt utrzymania, ale częściowo zarabiamy na wynajmie pomieszczeń, więc ciągle jesteśmy zadłużani o 50-60 tysięcy. Musimy ten problem rozwiązać jak najszybciej. A wracając do planu długofalowego, stanowisko, które objął Andrzej Piątek, czyli dyrektora sportowego, ma na celu zbudowanie wyników sportowych.
W ten sposób przechodzimy do tematu szkolenia…
Tak, szkolenie nadal trwa. Jest finansowane przez Mazowiecko-Warszawską Federację Sportu, przez nią idą pieniądze. Ale sam program szkolenia musi być zmieniony, bo został zarzucony w ostatnich latach. Trener Piątek opracowuje ten program.
Czy trener Piątek, z racji obłożenia obowiązkami, bo przecież jest też dyrektorem sportowym CCC Polkowice, podoła temu zadaniu?
Ma dział szkolenia, który był i który jest. Trener Piątek tylko nakreśla kierunki, są ludzie, którzy będą realizowali stworzone przez niego programy. My, jako zarząd PZKol, musimy zapewnić warunki, by te plany mogły być realizowane. To plan długofalowy, który do olimpiady w Londynie już niewiele może zmienić. Większe zmiany będą dotyczyć programu na Rio i ministerstwo zapewnia, że nam w tym pomoże.
Zwykle największym problemem w podobnych sytuacjach są długi. Mówiąc wprost, kto je spłaci?
Spółka prawna, o której wspominałem, ma dostęp do wszystkich dokumentów. Ma nam odpowiedzieć na pytanie, od którego momentu możemy zacząć działalność. Domówiliśmy się również z ministerstwem, że skieruje prawników, którzy przeprowadzą audyt. Nie chcemy przejąć Związku z tym, co było do tej pory. Nasza działalność ma być oparta na dobrych zasadach, na pełnej odpowiedzialności, ale nie za to, co było, a co sami zrobimy.
Kto więc w końcu pokryje zobowiązania PZKolu?
Nie chce tego zrobić ani ministerstwo, ani sponsorzy. Tuż obok toru stoi jednak hotel Victor, w którym PZKol ma 15% udziałów. Jego wartość to ponad 20 milionów. Można by te udziały sprzedać, być może to będzie jakieś wyjście.
Jak do obecnej sytuacji podchodzą dotychczasowi sponsorzy związku, jak BGŻ, którzy zorientowali się, że pieniędzy nie ma?Sponsorami PZKol są wszyscy ci, którzy są przy Polskim Związku Kolarskim. CCC, Mróz, DHL, Mostostal, Arkus-Romet, wszystkie kluby, które utrzymują kolarstwo, te mniej i bardziej znane. To są nasi sponsorzy. Oni pewnie też z niepokojem przyglądają się sytuacji, dlatego na Szosowych Mistrzostwach Polski chcemy zebrać wszystkich działaczy, którzy nas wybierali, trenerów. Chcemy im naświetlić obraz PZKolu, żeby wszyscy wiedzieli, w jakim miejscu znajduje się polskie kolarstwo, przedstawić zwłaszcza sprawy finansowe, w najtrudniejszym chyba roku w 90-letniej historii Związku. Ci, którzy otrzymywali dotąd uspokajające informacje, muszą wiedzieć, jak jest naprawdę.
Mimo wszystko ciągle powraca pytanie, jak to jest możliwe, że długi narastały?
To nie tak. Dług narastał dopiero w ostatnich latach. Budowa toru została zakończona, tor został odebrany. Moim zdaniem problem pojawił się w momencie, gdy PZKol przyjął na siebie organizację mistrzostw świata i Europy. Wtedy zaczęły się kłopoty. Trzeba było doposażyć tor, podpisano umowę z Mostostalem, a ministerstwo nie potwierdziło, że będzie to finansować. Niby słownie tak, ale nie ma żadnego zapisu. Szukamy papierów, i w ministerstwie, i tutaj.
Doposażenie to podstawowa część długu?
Tak, 5,3 miliona. Pozostała część to mistrzostwa Europy, ok. 450 tysięcy, i świata drugie tyle. Jednym słowem od tego momentu zaczęły się schody. Mostostal zaczął się upominać o pieniądze, potem sprawa została skierowana do sądu. Przyszedł komornik i zablokował konto.
Zmierzamy do wyjaśnienia sytuacji, ale czy zostaną też wyciągnięte konsekwencje personalne?
Prawnicy przyglądają sie dokumentacji. Jeżeli wyjdą takie sprawy, że ktoś okaże się winny, będziemy musieli zgłosić sprawę do prokuratora. Na siebie tej winy nie przyjmiemy, ani ja, ani nikt z członków zarządu, bo nie dawaliśmy zgody na działania.
Mamy tor, co do zbudowania którego wszyscy się zgadzali, że jest potrzebny, ale do którego trzeba dokładać. Czy jest jakiś pomysł, żeby tę sytuację zmienić?
Są dwa pomysły. Jeden zakłada, że my, jako Związek, powinniśmy sobie z tym poradzić, drugi zaś, żeby oddać tor komuś w użytkowanie, wynająć. Ten drugi pomysł przyjęło ministerstwo. Poprosiliśmy ich, żeby, jeśli to możliwe, przejęli tor.
Czy oznacza to, że państwo zostanie właścicielem toru?Tak, PZKol tylko by zarządzał. Tu także prawnicy jeszcze muszą dopracować szczegóły, np. ustalić, jakie są nasze prawa własności. Bo akt własności gruntu jest, to wiemy, ale jak wygląda sprawa z obiektem, skoro budowa była finansowana przez Ministerstwo Sportu prawie w 100%? Od wielu miesięcy uważam, że PZKol statutowo przeznaczony jest do szkolenia i opieki nad sportem, natomiast organizacją i zarządzaniem obiektami powinny zająć się firmy, które „zawodowo” się tym zajmują.
Wróćmy do momentu, w którym prezes Walkiewicz na spotkaniu zarządu oświadczył, że rezygnuje. Spodziewał się Pan podobnej decyzji?
Tak, oczekiwałem, podobnie jak inni członkowie zarządu, ale wcześniej. Po to zostało zwołane nadzywczajne, walne zgromadzenie w styczniu, by przedstawić sytuację PZKolu. I została przedstawiona, czyli sprawy finansowe, jak i stosunek prezesa do problemów. Wtedy spodziewałem się, że prezes powie – „Przepraszam za to, co złe, gratulujcie tego, co dobre, odchodzę”. Nie byłoby wówczas problemów z przekazaniem pieniędzy itd. Ale wyborcy przyjęli sprawozdanie roczne zarządu, w tym prezesa, prawie 100-procentową większością. Jako inicjatorzy zjazdu zamilkliśmy.
Dlaczego w takim momencie zdecydował się Pan zostać prezesem, zrezygnować ze sportowej emerytury? Osiągnął Pan tak wiele, a tu wkracza Pan na nadzwyczaj grząski grunt…
W pierwszej wersji nie przyjąłem propozycji. Wreszcie w trakcie dyskusji powiedziałem, że jeżeli się zdecyduję, to po to, by PZKolem kierował zarząd, a nie jednoosobowo prezes, czyli wszyscy, jak tam byliśmy. A skoro musi być jakiś prezes, to nim będę. Dodatkowym argumentem było to, że potrzebny jest ktoś, kto ma autorytet. Powiedziałem wyraźnie – to nie było moje marzenie.
Tomasz Jaroński w jednym z felietonów napisał kiedyś, że od dawna starał się Pan o tę funkcję.
To może było marzenie redaktora Jarońskiego, moje nigdy. Mogłem to zrobić 10 lat temu, gdy wygrałbym bez problemów. Nadal nie jest mi to potrzebne.
Ale lubi Pan wyzwania?
Ale to wyzwanie nie dla mnie! To wyzwanie dla PZKolu, środowiska kolarskiego. Gdy się spotykam z nimi, wszyscy pokładają we mnie nadzieje, że jednak sprawy pójdą w dobrym kierunku. Wywodzę się z tego środowiska. Jeszcze kilka miesięcy mogę dla nich poświęcić, jeśli dam radę coś zrobić. Jeżeli nawet coś zrobię, nie oznacza to, że stanę do wyborów na następną kadencję. To na pewno nie nastąpi.
Dlaczego?
To nie moje powołanie, to po pierwsze. Przez całą kadencję bycia działaczem zauważyłem, że kolejni prezesi odsuwali młodych działaczy zamiast ich przyciągać. I w tej chwili ich nie mamy, poza trenerem Piątkiem. A powinni nas zastąpić młodsi.
Nie obawiał się Pan tego, że będzie postrzegany przede wszystkim jako człowiek prezesa Walkiewicza? Znają się panowie od kilkudziesięciu lat…
Jeżeli uznajemy, że Wojciech Walkiewicz bardziej zaszkodził polskiemu kolarstwu, niż pomógł, to zapisuję się po stronie winnych. Bo kiedy Walkiewicz najpierw został odsunięty, a potem wracał, a rządził pan Rusin, to w rozmowie powiedział mi, że już wie, jakie popełniał błędy, i nie będzie ich powtarzał, że się zmienił. Byłem jednym z tych, którzy byli za tym, aby głosować na Walkiewicza. Czy byłem człowiekiem Walkiewicza? Tak byłem kojarzony, byłem w zarządzie. Może w pierwszej fazie prezesury tak. Pamiętamy też wyniki wówczas, Spruch, Wadecki, nie można powiedzieć, że ich nie było. To był dobry kierunek, ale kiedy Walkiewicz przestał słuchać działaczy, zaczął rządzić po swojemu, stanąłem z boku, a w ostatniej kadencji po przeciwnej stronie. Jeśli ktoś mnie wtedy widział idącego razem z Walkiewiczem, to nie widział tego z bliska, patrzył ze starej perspektywy.
Czy doświadczenia kolarskie przydają się w zarządzaniu?Niekoniecznie, to zupełnie inna sytuacja.
Kolarstwo z jednej strony premiuje indywidualizm, ale wymaga też współpracy w grupie. Dziś kładzie Pan nacisk na współpracę. Czy coś się zmieniło, Pan się zmienił?
W kolarstwie było łatwiej, bo nawet jeśli chodziło o grupę, bardzo liczył się mój wkład. Mówiło się wtedy, że zespół „jedzie na Szurkowskiego”. To nie dlatego, że ja tak chciałem. Niezawodność moich występów w tych najważniejszych wyścigach była niemal 100-procentowa. W związku z tym na kogo trzeba było jechać? Na pewniaka! Jednocześnie można było wykazać swoje walory indywidualne, zawalczyć na finiszu czy pod górę. Natomiast teraz samemu nic się nie da zrobić. Tak działał prezes Walkiewicz. Tym razem jest to gra zespołowa. Chodzi o to, by istniała wymiana pomysłów, by zarząd razem rozwiązywał problemy całego kolarstwa, płynące z dołu. W kolarstwie można było wygrać wyścig samemu, tu się nie da.
Jak to się stało, że został pan kolarzem? I to tak późno, w wieku 22 lat?
Wydaje mi się, że zawsze uważałem się za kolarza, bez względu na to, co robiłem. Zanim jeszcze zdobyłem nazwisko. Dużo biegałem, podnosiłem kawał żelaza po kilkaset razy, także w wojsku. Ćwiczyłem wszystko, co było możliwe. Marszobieg z pełnym plecakiem i obciążeniem był dla mnie formą treningu.
Jak doszło do tego, że znalazł się Pan w klubie kolarskim?
Wyjechaliśmy na poligon, do miejscowości Garbatka Letnisko koło Kozienic, w 66. roku. Byłem wyróżniany za wzorową służbę, szef kompanii zgodził się na przywiezienie roweru. Jadąc na jeden z treningów, spotkałem kolarza, który doprowadził mnie do klubu „Radomiak” w Radomiu. Trener Ryszard Swat uzgodnił z dowódcą, że będę jeździł. Wygrałem kilka wyścigów w okręgu. Po wojsku wróciłem do Wrocławia. Wraz z bratem wymyśliliśmy, że skoro mam się ścigać, to nie musi być Radom – a mogłem tam zostać – ani LZS Milicz. Wzięliśmy książkę telefoniczną. „A” – nic, „B” – nic, na „D” był Dolmel. Zadzwoniliśmy i znalazłem się w Dolmelu. W styczniu był pierwszy przełaj, na bunkrze na Morskim Oku (dziś popularne Kilimandżaro, górka testowa MR – przyp. red.), wygrałem; a 3 marca były mistrzostwa Polski i kolejne zwycięstwo. W ten sposób zostałem kolarzem.
Miał Pan sporo szczęścia…
Szczęściarz, nie da się ukryć. Trzeba też mieć wolę, ale i szczęście. Parę zdarzeń o tym szczęściu mówi wyraźnie. Tak sobie myślę, że dobrze, że takie szczęście było.
Trzymamy w takim razie kciuki, by szczęście dopisało także tym razem…
To nie dla mnie, szczęście indywidualne przekazuję kolarstwu. Choć mam takie godziny, że nie wiem, czy nam się uda, mam wątpliwości. Członkowie zarządu zachęcają mnie, żeby się nie poddawać. Dlatego trzymam się. Dziś są szanse, a jeśli się uda, to też będzie nie dla mnie, tylko dla kolarstwa.
Jako zawodnik nosił Pan pseudonim „Bibi”, trochę śmieszny. Pamięta Pan skąd się wziął?
To zdrobnienie od libacji, czyli „bibki”. Wszystkie zdrobnienia tworzył Tadzio Mytnik, on trafiał. Miałem kłopoty z trawieniem, czułem wątrobę i wydawało mi się, że wypicie lampki wina pomoże, często też pomagało. Zawsze więc miałem w torbie butelkę. Dlatego koledzy mówili, idąc do mojego pokoju, „idziemy na libację”, myśląc o lampce wina, bo więcej nie było. Zdrobniale „na bibkę”. I tak zostało, ani od nazwiska, ani od skucesów...
Data urodzenia: 12 stycznia 1946
Najważniejsze osiągnięcia sportowe: indywidualny mistrz świata na szosie 1973 (pierwszy Polak) i dwukrotnie drużynowy (1973, 1975), czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju (1970, 1971, 1973, 1975), dwukrotny srebrny medalista olimpijski w drużynie szosowej z Monachium (1972) i Montrealu (1976). Trener kolarskiej kadry narodowej (1984-1988).
Inne: poseł na Sejm PRL (1985-1989), twórca pierwszej w Polsce Zawodowej Grupy Kolarskiej „Exbud” (1988-1989), Klubu Sportowego „Szurkowski” (od 1991) i dyrektor polskiej części Wyścigu Pokoju (dyrektor całości Pavel Doleżal). Handlowiec (sklep ze sprzętem kolarskim na Woli). Najlepszy sportowiec Polski w plebiscycie czytelników „Przeglądu Sportowego” (1971, 1973), zajął II lokatę (za Ireną Szewińską) w Plebiscycie na Najlepszego Sportowca Polski XX wieku, laureat nagrody głównej Fair Play (1970), współautor książek: „Kolarstwo” (1979), „Być liderem” (1983), „Rowerem do Europy” (1992). Od kwietnia 2010 prezes Polskiego Związku Kolarskiego




